Przypominamy już jutro w niedziele 20 listopada w Centrum Kultury w Chojnie odbędzie się akcja ,, Pomóż Arkowi i innym'' pod patronatem fundacji DKMS. Nie bądź obojętny, przyjdź i pomóż. Masz to w genach!

Rejestracja potencjalnych dawców szpiku będzie miała miejsce w godz. 10.00 – 16.00 w Punkcie Informacji Turystycznej w Chojnie.

Na przybyłych czekać będzie loteria fantowa, z której dochód w całości przekazany zostanie na leczenie Arka.

Poniżej publikujemy dla Państwa list Arka, w którym opowiada o swojej historii. Jeśli ktokolwiek z Was nie podjął jeszcze decyzji czy zjawić się jutro w CK i zarejestrować jako potencjalny dawca szpiku, mamy nadzieję, że poniższy list rozwieje wszelkie wątpliwości.

Witam serdecznie,
postaram się opowiedzieć moją historie, chodź nie jest to dla mnie łatwe. Świadomość, iż opisuję moje prywatne życie osobą mi nie znanym, tym bardziej, iż niektóre kwestie, z tego życia mają być opublikowane do szerszej grupy odbiorców, jest dość przerażająca. Ale zrobię to... muszę...ehh nie mam wyjścia. Zrobię wszystko, aby ta dziadowska choroba ze mną nie wygrała...może mi utrudnić życie, dodawać cierpienia,ale na pewno nie wygra-nie ma szans.
Opiszę to tak, jak to wygląda z mojej strony, ze strony osoby chorej, tej, która choćby nie wiem jak się starała, nie ma wyjścia. Musi to znosić i nie może powiedzieć dość. Musi to wszystko przyjąć na klatę i walczyć, mimo iż czasem brakuje sił. Powstać zawszę wtedy kiedy upadła, w tych gorszych chwilach i walczyć dalej...
Człowiek zaczyna myśleć inaczej, gdy wie, że z dnia na dzień może wszystko stracić, gdy wie ze każdy kolejny dzień, może być jego ostatnim.
Kiedy dowiedziałem się o chorobie nie dowierzałem i zadałem sobie pytanie, dlaczego ja? ,ale to chyba jak każdy. Wiedziałem, że przede mną długa droga i że będzie ciężko. Ale nie mam zamiaru się poddawać, walka nie jest mi obca. 
2 lata temu pękło mi płuco (odma samoistna prawostronna) Miałem ponad rok przerwy w pracy i musiałem prowadzić oszczędny tryb życia. Przeszło i życie wróciło do normy.
W styczniu tego roku zacząłem chorować, wydawało się,  że to zwykle przeziębienie, wiec brałem jakieś lekarstwa i chodziłem dalej do pracy. Jedyne co zwróciło moją uwagę, to to, że coraz ciężej mi się oddychało. Tutaj muszę znowu wspomnieć o mojej wcześniejszej odmie płucnej. Bo gdyby nie to,że już miałem i znałem objawy obmy, to pracował bym, do póki bym nie padł w niewiedzy ze mam białaczkę. Pojechałem do Polski do szpitala. Ledwo się wczołgałem po schodach na 4 piętro, a nigdy nie miałem z tym problemow. 
29 stycznia zrobiono mi prześwietlenie klatki piersiowej. Doktor powiedział, że mam wodę na płucu. Dał mi skierowanie do szpitala do Zdunowa. Wróciłem do domu załamany, że znowu problemy z płucami...  O 6 rano koledzy już więźli mnie do szpitala w Zdunowie (wyglądałem naprawdę źle, byłem cały blady). Tam dowiedziałem się, że podejrzewają białaczkę . Doznałem szoku, ale nie dowierzałem. Zrobili badania i kazali czekać. Mijały godziny, które ciągnęły się w nieskończoność. Około godz. 15 byłem już na Unii Lubelskiej w szpitalu. Tam kolejne badania i pobieranie krwi. Uświadamianie co to jest białaczka i jak będę leczony. O 18.00 byłem już na oddziale w sali.  To wszystko działo się tak szybko. Życie stanęło mi przed oczami. Szok, niedowierzanie. Następnego dnia stwierdzono "ostra białaczka limfoblastyczna " i powiedziano mi, że gdybym jeszcze z tydzień zwlekał to bym nie przeżył. Tak do teraz jestem w szpitalu. To już prawie 10 miesiąc.
Teraz jestem leczony za pomocą chemioterapii i tak będzie aż do znalezienia dawcy.
Zostałem zakwalifikowany do przeszczepu komórek krwiotwórczych szpiku od dawcy niespokrewnionego.   1-szą chemie przeszedłem w miarę dobrze, ale nie uzyskałem remisji. 2 chemia - czułem się fatalnie. Wymioty, gorączki, nie miałem siły, ani wstać z łózka, ani mówić- tylko kiwałem głową. Nic nie jadłem, byłem karmiony przez kroplówki. Dostawałem ich 20-30 dziennie,  w zasadzie non stop leciały antybiotyki i inne środki + sterydy i bardzo dużo tabletek. Starałem się spać, co było naprawdę trudne. Do tego ogromne bóle brzucha i nagle po 2 tygodniach katuszy okazuje się, że mam skutek uboczny chemii w postaci wyrostka robaczkowego. A co było najgorsze, że nie miałem odpowiedniej ilości płytek żeby mnie zoperować,a było to koniecznością. Zebrali się lekarze z hematologi i z chirurgi i podjęli duże ryzyko operacji, której mogłem nie przeżyć. Na szczęście udało się. Wyszedłem z tego cało. Tydzień leżałem na chirurgi. Dalej odczuwałem skutki tej chemii,  nie mogłem spać. Męczyłem się i miałem już tego dość. Po tygodniu wróciłem na odział hematologi i jeszcze około 2 tygodni byłem nie do życia. Powoli dochodziłem do siebie.
To był mój najcięższy okres w życiu. Takiego przejścia nie życzył bym najgorszemu wrogowi. Nikt nie zasługuje na takie cierpienie, ale udało się uzyskać reemisje. Po 3. chemii było w miarę dobrze, po 4 było ciężko, po 5 także było ciężko i tutaj dostałem wiadomość o znalezieniu dawcy który niestety został odrzucony z powodów zdrowotnych. 6 chemia po raz kolejny było zagrożenie życia (sepsa) wdała się infekcja. Leżałem kilka dni i nawet nie mogłem się ruszyć z  łózka, gdyż byłem na tyle osłabiony, że mogłem w każdej chwili stracić przytomność. Teraz jest już ok. Doszedłem do siebie i w listopadzie zaczynam kolejna chemie.
Moje marzenie to nurkować wśród rafy koralowej...a plany. Chyba jak każdy- dojść do czegoś w życiu, założenie własnej rodziny.
Czy nowotwór je zmienił- Tak, bo teraz marzę po prostu o powrocie do domu,w zdrowi, tak abym mógł wziąć na kolana moje dwie bratanice. Tym bardziej,że zachorowałem gdy jedna miała zaledwie 16 miesięcy, a druga przychodziła na świat. Nie chcę aby mnie nie znały, nie pamiętały, teraz nawet nie mogą się do mnie zbliżyć ze względu na infekcję- to jest dobijające...Ale wierzę, że niedługo do nich wrócę.
Marzę również o tym by usiąść na rowerze i przejechać się kawałek- tak po prostu...nie chcę jak na razie podbijać świata-chcę wyzdrowieć, wrócić do normalności.
Prowadziłem normalne życie, diagnoza przewróciła mój świat do góry nogami. Choroba przyszła bez uprzedzenia, nigdy nie wiadomo na kogo trafi, zaczęło się od zwykłego przeziębienia. Jednak wiem,że białaczka to nie wyrok.
Żadna choroba nie ma szans wygranej, jeśli społeczeństwo jej na to nie pozwoli. Dlatego zachęcam do rejestracji. Ja chcę wyzdrowieć- wiadomo, ale jeśli się nie uda uratować mnie, to może przynajmniej kogoś innego. Nikt nie powinien tak cierpieć,a tak cierpią również i dzieci. Zwróćmy je rodzicom, zwróćmy rodziców dzieciom. Obecnie nie mam ani żony, ani dzieci- teraz myślę, że to może i dobrze, bo świadomość o tym,że mógłbym ich zostawić, była by nie do zniesienia. ..
 
Pozdrawiam
Arkadiusz Pawełkiewicz
 
Więcej informacji znajdą Państwo w artykule:

Pomóż Arkowi. Masz to w genach!