Kiedy upadły Państwowe Gospodarstwa Rolne, mieszkańcy wielu wsi zostali pozostawieni samym sobie. Z czasem znajdowali prace w rozmaitych firmach, jeszcze inni żyli z zasiłków. Teraz historia w naszym regonie może się powtórzyć, skala zwolnień może być ogromna. Wszystko przez planowane zmiany w prawie.


W przyszłym roku minie 25 lat od likwidacji PRG-ów. Obecne młode pokolenie często nie wie co znaczy ten skrót. Ludzie pracujący tam w czasach PRL byli przekonywani przez władze, że ich praca jest tak samo ważna jak hutników, górników, stoczniowców czy kolejarzy. Dziś najmocniejszą grupą są chyba tylko górnicy, którzy potrafią pojechać na Warszawę i ją zablokować. Natomiast pracownicy PGR w grudniu 1993 roku jednym podpisem Leszka Balcerowicza zostali pozostawieni sami sobie. Kolejne ekipy rządowe obiecały im pomoc. Tymczasem jak mówi mieszkaniec Krzywina:
- Nikt o nas nie pamiętał, wciskano nas w programy, które miały aktywizować, a kasę na tym zbijali doktorzy z uniwersytetów. Byliśmy jak „zwierzęta to testowania” różnych form pomocy – opowiada pan Marcin.
W 2008 r. powstał raport Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Autorzy badania stwierdzili, że te obszary cechuje niższy poziom rozwoju ekonomiczno-społecznego, a likwidacja PGR-ów pozostawiła pracowników w poczuciu krzywdy i manipulacji, że zostali „zdegradowani” do statusu beneficjentów pomocy społecznej.

Badania, analizy, wydane pieniądze
Niektóre wsie miały szczęście, gdy w okoliczne grunty inwestował rolnik z Niemiec, Dani lub Holandii i kilka osób miało stałą pracę. Jednak często są to firmy zainteresowane uprawą dużych pól przy niskich kosztach pracy. A tu przez pół wieku były hodowane: krowy, świnie, owce.
Mieszkańcy PGR-ów byli traktowani jak środowisko prymitywne, nieudolne, daleko od szosy, pełne chamów i prostaków. Ten obraz przypieczętował film dokumentalny "Arizona" Ewy Borzęckiej z 1997 r. - film, dzięki któremu cała Polska dowiedziała się, co się stało w popegeerowskiej miejscowości Zagórki na Warmii i Mazurach. Ekipa filmowa pojechała tam siedem lat po upadku PGR-ów. Przekaz był mniej więcej taki: wszyscy piją, nic im się nie chce i tylko to picie trzyma ich przy życiu. Ten obraz mocno stygmatyzował biedę i tych ludzi. Uznano, że mieszkańcy dawnych PGR-ów sami ponoszą winę za swoją sytuację.
Na Pomorzu Zachodnim, historycznie patrząc, Polacy od 70 lat musieli radzić sobie sami. To stąd wywożono cegły na odbudowę Warszawy, o które teraz budynki trwa walka polityczna i biznesowa. To problemów tego regionu nie dostrzegał prawie nikt w Warszawie: upadek stoczni, upadek gospodarstw rolnych, upadek kolei, upadek firm przetwórstwa spożywczego, upadek zakładów mechanizacji rolnictwa. Jednak pojawiali się też ludzie z pomysłami.
Dziś pracodawcami na polskiej wsi są prywatne firmy rolne, jak chociażby Gospodarstwo Rolne Grzelaka i Szczepanika w Wysokiej Gryfińskiej. Firma radzi sobie dobrze, a przy tym są cenionym w okolicy pracodawcą.

Solidarność zapomniała o wsi
- 25 lat temu Solidarność nas zostawiła. Na wsi musieliśmy radzić sobie sami. Nikt nam nie powiedział jedźcie na Warszawę z grabiami. Byliśmy nauczenie pokory w pracy. Górnicy wzięli kilofy i pojechali. Dziś od 5 lat pracuję w gospodarstwie rolnym hodującym norki. Mamy normalne umowy o pracę, jesteśmy szkoleni, a dzieci otrzymują paczki świąteczne. Dbają tu o pracownika – mówi nam mieszkanka Gardna.
Przez wiele lat szukała stałej pracy, wreszcie się udało w firmie hodującej norki. Musi do pracy dojeżdżać do sąsiedniego powiatu, ale nie narzeka – stosunkowo wysokie zarobki to rekompensują.
Sami hodowcy aktywnie uczestniczą w życiu społecznym i przeznaczają olbrzymie środki na wsparcie lokalnych inicjatyw. W Maszkowie prywatny przedsiębiorca z branży norkowej wybudował całoroczne boisko do piłki nożnej ze sztuczną nawierzchnią, którego nie powstydziłoby się nie jedno miejskie osiedle. W Nowogardzie hodowcy norek wsparli kilkusettysięczną kwotą remont oddziału dziecięcego szpitala miejskiego. W Żdżarach firma produkująca karmę dla norek partycypowała w remoncie drogi z powiatem i lokalnym burmistrzem. W efekcie jest droga, chodnik i ścieżka rowerowa. Takich działań jest mnóstwo, a przykłady można by mnożyć.
Pan Krzysztof mieszka w niewielkiej wsi pod Pyrzycami. Po studiach wrócił do pracy na wsi. Jego dziadek musiał przyjechać na rolę z „nakazu” dla dobra socjalistycznej ojczyny, a on sam wybrał pracę tu. Argumentem były zarobki i rozwój zawodowy. – Z moim wykształceniem mogłem pójść do pracy w państwowej weterynarii. Jednak tam płacone pieniądze pozwalają tylko przetrwać. Tu na fermie norek pracuję ze zwierzętami, otrzymuję dobre wynagrodzenie i stać mnie na spłatę kredytu mieszkaniowego – tłumaczy.
Dziś jednak historia może zatoczyć koło, a ludzie jednym dekretem władzy mogą stracić pracę, wpaść w problemy finansowe, mieć problem ze spłatą… kredytów.
Otóż bowiem tworzony przez  Parlamentarny Zespół Przyjaciół Zwierząt w skład którego wchodzą posłowie PO, PiS i Nowoczesnej projekt nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, zakłada w praktyce całkowitą likwidację branży futerkowej w Polsce.
Taka decyzja, jeśli zapadnie, będzie miała dla gospodarki bolesne konsekwencje - możliwość utraty nawet 50 tysięcy miejsc pracy, znaczne podwyżki cen drobiu i ryby, nie wspominając o utracie zagranicznych rynków, o które tak długo Polska walczyła. Tylko w naszym regionie bez pracy może zostać ponad 5 tysięcy osób.

Norki – polski produkt eksportowy
Polska jest światową potęgą w produkcji skór ze zwierząt futerkowych. Tylko w 2016 roku nasi hodowcy poszczycić się mogli produkcją na poziomie 10 milionów norek. Niemal cała ta produkcja stanowi eksport o wartości blisko 2,5 miliarda złotych. Polscy hodowcy są drugim producentem skór w Europie i trzecim na świecie, a najwięksi światowi projektanci mody zabiegają o surowiec znad Wisły i Odry.
Argumentem za likwidacją ferm norek w Polsce jest przykład Czechów, którzy zabronili u siebie prowadzenia takiej działalności. Tyle tylko, że u nich było to zaledwie dziesięć ferm (w Polsce jest ich około 1,2 tys.), a w całej czeskiej branży pracowało zaledwie kilkadziesiąt osób. Dla porównania wyłącznie na Pomorzu Zachodnim branża hodowlana przywróciła do aktywnego życia ponad 5000 osób. To dokładnie tyle miejsc pracy, ile PiS zapowiada do stworzenia w stoczni szczecińskiej po odbudowie tej gałęzi przemysłu.
Jeśli jeden z największych w skali kraju pracodawców zniknie z terenów wiejskich, to:
- Kto pomoże ludziom z małych miejscowości? Znowu zostawią nas na lodzie. Nie spłacą za nas kredytów, nie zapewnią nowej pracy – twierdzi pan Krzysztof. - Cała walka o likwidacje hodowli w Polsce to nie jest walka o dobro zwierząt, tylko zwykły biznes? Może chodzi po prostu o wycięcie Polaków z dziedziny, w której są liderami. Tak jak to miało miejsce z produkcją samochodów, sprzętu agd, taboru kolejowego, na którego teraz unarodowienie wydajemy miliony. Oczywiście są to pieniądze podatników – dodaje.
Krzysztof Czabański, poseł PiS i członek zespołu parlamentarnego uważa że:
- Fermy zwierząt futerkowych są wyrzucane z krajów zachodnich i przenoszą swoją działalność w dużej mierze właśnie do Polski i nie ma powodu, byśmy byli takim śmietnikiem Europy czy niechcianych hodowli.
Poglądy Czabańskiego są jednak mocno chwiejne. W jednym z ostatnich publicznych wypowiedzi w sprawie projektu zmian stwierdził on, że w zasadzie nie o norki tu chodzi, a głównie o tzw. psowate, czyli lisy… Być może kontrowersyjna propozycja Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt jest na tyle chybiona, że godzi w oficjalną linię partii, która chce być postrzegana, jako przyjazna rolnikom… Trudno bowiem wyobrazić sobie, że jedną decyzją PiS zlikwiduje dziesiątki tysięcy miejsc pracy na terenach wiejskich - łącznie 10 tysięcy osób bezpośrednio na fermach, a kolejne 40 tysięcy w firmach kooperujących, przy produkcji pasz, klatek, w transporcie, czy usługach związanych z hodowlą, które to po wprowadzeniu zakazu znikną z rynku w ślad za hodowcami. Z dnia na dzień firmy, które swoim produktem podbijają cały świat przestałyby istnieć, a ludzie którzy latami budowali swoje biznesy staliby się bankrutami.

Ryby, kurczaki będą droższe?
Parlamentarny Zespół Przyjaciół Zwierząt milczy natomiast w sprawie konsekwencji dla gospodarki i polskiego społeczeństwa, jakie pociągnie za sobą wprowadzenie zakazu hodowli zwierząt mięsożernych. A przecież te są nad wyraz widoczne. Likwidacja branży doprowadziłaby do znacznych podwyżek cen drobiu i ryby poprzez konieczność utylizacji przez ubojnie drobiowe i przetwórnie rybne produktów ubocznych pochodzenia zwierzęcego nie nadających się do spożycia przez ludzi, a stanowiących karmę dla zwierząt mięsożernych – norek. Likwidacja branży to nie tylko likwidacja współpracy hodowców norek z przedsiębiorstwami z branży drobiarskiej i rybołówstwa, ale również likwidacja współpracy z producentami rolnymi, u których hodowcy zaopatrują się w zboża będące nawet piętnastoprocentowym składnikiem karmy, słomę oraz obornik, w który z kolei zaopatrują się u hodowców producenci rolni.
- Nie umiem sobie nawet wyobrazić takiej sytuacji, że musiałbym zamknąć firmę. Rozwijam ją od 14 lat, zaczynałem od zera, by dzisiaj cieszyć się z dobrze rozwiniętego, nowoczesnego przedsiębiorstwa – mówi Zbigniew Piątak, hodowca norek z Nowogardu, właściciel firmy Visonex, zatrudniający ponad 100 osób. - Zakaz hodowli to wyrok dla takich przedsiębiorców jak ja. Dla nas, dla naszych pracowników i ich rodzin, którzy nie znajdą gdzie indziej pracy. Myśmy ich reaktywowali w większości po wielu latach bezrobocia. My zaufaliśmy im, a oni nam. Zbudowaliśmy wspólnie firmę, z której wszyscy jesteśmy dumni i z radością przychodzimy do pracy. Co z nimi miałoby się stać? Znowu, jak po upadku komuny, po likwidacji PGR-ów mieliby popaść w marazm? Nie, to nie jest możliwe… Nie w państwie prawa, w ustroju demokratycznym. To byłby istny zamach na swobodę prowadzenia działalności gospodarczej – twierdzi.
Hodowcy twierdzą, że nie ma ani  ekonomicznych, ani moralnych, ani ekologicznych przesłanek do likwidacji branży futrzarskiej w Polsce.
Daniel Żurek, hodowca i dyrektor zarządzający goleniowskiej firmy Futrex producenta Karmy zatrudnia pracowników nie tylko z Goleniowa, ale również z powiat gryfińskiego i pyrzyckiego. Przedsiębiorca uważa, że:
- Wszelkie hodowle powstrzymują eksploatację środowiska naturalnego więc paradoksalnie przyczyniają się do jego ochrony, likwidacja hodowli spowodowałaby znaczny wzrost cen skór, a następnie wytrzebienie z ekosystemu wszelkich zwierząt futerkowych - wyjaśnia.  - Wszystkie bez wyjątku zwierzęta gospodarskie hodowane są w celu zaspokojenia potrzeb człowieka. To człowiek powołuje je na  świat, a następnie pozyskuje z nich produkty naturalne. Wykorzystywanie produktów naturalnych pochodzących z hodowli jest jedyną słuszną drogą dla zahamowania eksploatacji zasobów naturalnych oraz zahamowania ilości zalegających na wysypiskach odpadów z tworzyw sztucznych. Dla zwierząt gospodarskich niema żadnego znaczenia z jakiego powodu następuje ich ubój, natomiast zasadnicze znaczenie ma w jakich warunkach zwierzęta są utrzymywane oraz, czy ubój następuje w sposób humanitarny. W tych obu aspektach norki posiadają znaczną przewagę nad większością zwierząt gospodarskich. Jeżeli mamy zakazać hodowli zwierząt w celu pozyskiwania produktów dla człowieka, to może od razu zakazać wszelkich hodowli np. drobiu, bydła, trzody chlewnej te zwierzęta również hoduje się dla zaspokojenia potrzeb człowieka – dodaje.

Ślad prowadzi do zachodniej konkurencji i utylizatorów
Branża futerkowa jest bezpośrednim konkurentem dla branży utylizacyjnej. Obie bowiem potrzebują niejadalnych dla ludzi świeżych produktów ubocznych z kurczaków i ryb. Dla firm z branży spożywczej to diametralna różnica, czy swoje produkty uboczne oddadzą do utylizacji i w związku z tym będą musieli za usługę zapłacić, czy sprzedadzą je producentom karmy dla norek i od producentów pieniądze otrzymają sami. Powyższe powinno natomiast zacząć interesować również konsumentów nabywających drób i ryby ponieważ koszty utylizacji w sposób znaczący powiększą cenę drobiu i ryby na półkach sklepowych.
- Zanim branża futerkowa zdołała się w naszym kraju rozwinąć, firmy utylizacyjne, które de facto są w większości kapitałem niemieckim, nie miały żadnej konkurencji. Dyktowały ceny, które branża drobiarska i rybna płacić musiały za utylizację – tłumaczy ekonomista i doświadczony menedżer, Damian Simiński. – Teraz to wytwórnie karmy dla mięsożernych zwierząt futerkowych płacą nie małe pieniądze za świeży produkt uboczny. Oznacza to, iż od kilkunastu lat dla branży drobiarskiej i rybnej odpad poprodukcyjny pozostaje po stronie przychodów, a nie kosztów, jak to było wcześniej. To z kolei w sposób bezpośredni przekłada się na niższą cenę produktu gotowego. Likwidacja branży futerkowej w Polsce przywróciłaby firmom utylizacyjnym dochody szacowane według różnych źródeł na mniej więcej 500 milionów złotych, a nam, konsumentom kolejne podwyżki cen towarów na sklepowych półkach.
Mocno w tej kwestii wypowiada się również Szczepan Wójcik z Fundacji Wsparcia Rolnika:
- Od kilku lat powtarzam, że dla takich pieniędzy warto jest zainwestować w „ekologów”. Mam dowody na to, że osoby, które tak głośno protestują przeciwko hodowli norek współpracują bezpośrednio z firmami utylizacyjnymi – mówi.
Drugim wielkim konkurentem polskich hodowców norek są Duńczycy. W Dani koszty hodowli norek jak podają różne źródła są o około 30% wyższe niż w Polsce. Rozwój hodowli norek w Polsce, przy obecnym kryzysie w branży doprowadzi w konsekwencji do bankructwa duńskich hodowców. Co oznacza, iż lobby duńskie również nie pozostaje bierne i „mocno kibicuje” organizacjom ekologicznym chcącym zlikwidować branżę w Polsce, a samym Duńczykom najgroźniejszą obecnie konkurencję.
Polski Rząd czeka zatem bardzo trudna decyzja. Albo poddadzą się woli ekologów, którzy uważają za moralnie nieetyczny ubój zwierząt, albo uznają wyższość racji gospodarczych i społecznych.
Przypomnijmy, że niedawno na terenie Gryfina trwała walka i protesty przeciwko budowie fermy norek w miejscowości Drzenin. Przedsięwzięcie nie zostało zrealizowane. Dziś mieszkańcy okolicznych wsi wciąż szukają pracy, niektórzy dojeżdżają do Goleniowskiego Parku Przemysłowego, bo tylko tam mogą liczyć na angaż.