Urodziła się w 1941 roku, ponad 40 lat pracowała w oświacie. Praktycznie od postaw budowała szkołę w Osinowie Dolnym. Wiesława Szwałek opowiada nam o historii cedyńskiej oświaty.


Kiedyś oświata była zupełnie inna niż dziś, mówi pani Wiesława. Wspomina lata swojej pracy z  dziećmi. Nie było jak dziś podziału na klasy rocznikami. Nie było też tak, że kto inny uczył matematyki, a kto inny śpiewu. Wówczas pedagog musiał być wszechstronny.
- Na Pomorze Zachodnie przyjechałam w 1964 roku, pochodzę z zamojskiego i do ówczesnego szczecińskiego miałam wówczas daleko – wspomina Wiesława Szwałek. – Kiedy byłam w liceum pedagogicznym, w ostatniej klasie pięcioletniej szkoły, przyjechał inspektor z Dębna i namawiał nas na przyjazd tu, na Zachód, tu nie było wówczas komu uczyć. Oferowali dobre warunki, w tym darmowe mieszkania – tłumaczy.
Z jej klasy zgłosiło się do pracy na naszych ziemiach dziesięć osób, ale nie wszyscy się podjęli. Początkowo pani Wiesława także zrezygnowała z propozycji, podjęła pracę w swoich rodzinnych stronach.
- Po dwóch latach wzięliśmy ślub. Mój mąż był wojskowym – tłumaczy.
Pani Wiesława pracowała w innej miejscowości niż jej mąż, widywali się rzadko, raz na dwa tygodnie.
- Przypomniałam sobie o ofercie inspektora z Dębna, namówiłam męża na wyjazd – mówi.

Pierwsi uczniowie

Dojechaliśmy do Siekierek, pociąg kursował tylko do mostu, wspomina nauczycielka. Spotkała się z inspektorem, który namawiał ją do pracy w regionie. Ten przekonał ją do objęcia posady w szkole w Osinowie Dolnym.
- To była czteroklasowa szkoła, poza mną pracowała tu tylko woźna – mówi Wiesława Szwałek. - To była wówczas mała wioseczka. Wtedy tu było kilka domków. Początkowo  przestraszyłam się tego miejsca, wyglądało, jakby dopiero co skończyła się wojna. Nic nie było tu zadbane, budynki wciąż miały ślady po kulach – wspomina.
Pamięta swoich pierwszych uczniów. Dziś mieszkają w różnych częściach kraju i świata. Niektórzy zostali na Pomorzu Zachodnim, inni uciekali w poszukiwaniu pracy czy przed socjalistycznym ustrojem.
- Licea pedagogiczne, w jakich się uczyłam, były szkołami, które dobrze przygotowywały do pracy nauczyciela – mówi pani Wiesława. - Dzisiaj kto inny uczy matematyki, kto inny języka… Ja byłam od wszystkiego, musiałam umieć śpiewać, rysować, liczyć… w szkole uczyliśmy się grać na mandolinie, trenowałam siatkówkę. Sama musiałam wykonywać pomoce dydaktyczne, szkoły nie miały takiego wsparcia, jak dziś. Wszystkie dzieci uczyły się w jednej klasie, w pierwszym rzędzie siedziała pierwsza klasa, w drugim druga klasa. Kiedy pierwsza wykonywała zadania, pracowałam z drugą i odwrotne. To było trudne, trzeba było się zgrać. Dzisiaj może wydaje się to śmieszne, może ktoś powiedzieć, że co to była za nauka, ale ta pierwsza klasa opanowywała wiedzę i z pierwszej i z drugiej klasy, dzieci dobrze się rozwijały – wyjaśnia.
Wspomina też praktykanta, został wysłany do szkoły w Osinowie Dolnym przez profesora, student  jednak nie dawał rady.
- Musiałam go uczyć tak samo, jak te małe dzieci – wspomina pani Wiesława.

Nauczyciel był autorytetem

Stan gospodarczy szkoły był fatalny, były nawet problemy z zadaszeniem budynku. Pani Wiesława wraz z mężem sami łatali dziury. Pierwszy ogród z kwiatami również powstał przy szkole.
- Potem naszym wzorem zaczęły powstawać podobne przy domach, wspólnie upiększaliśmy tę wieś – wspomina nauczycielka.
Kiedyś nauczyciel był autorytetem, mówi. Autorytetem i dla dzieci, i dla rodziców.
- W okresie powojennym wiele osób nie potrafiło czytać i pisać, w kresie wojny często nie mieli dostępu do szkół, nie mogli tego umieć. Ci niepiśmienni rodzice korzystali z pomocy nauczyciela, jak chociażby w przygotowywaniu różnego rodzaju pism – tłumaczy Wiesława Szwałek.
Rodzice byli oddani, pomagali. Z czasem wszyscy stali się jedną, wielką rodziną. Kiedy były wesela, urodziny lub inne uroczystości, pani Wiesława wraz z mężem była zapraszana. Wszyscy się wzajemnie lubili i cenili.

Grali w piłkę na boisku pełnym niewypałów

W szkole był prąd, ale nie było centralnego ogrzewania, były za to wielkie piece kaflowe i trzeba było w nich palić, by ogrzać pomieszczenia. Największym szokiem było jednak boisko.
- Pewnego razu uczniowie zaprowadzili mnie w miejsce, gdzie grają w piłkę. Na części boiska niemal jeden na drugim leżały niewypały. Dzieci grały w piłkę między nimi. Powiedziały mi, że takie bomby są jeszcze na pobliskim polu i w lesie – wspomina Wiesława Szwałek.
Nie mogła tego zostawić. Po pomoc poszła do Wojsk Ochrony Pogranicza. Żołnierze przyjechali i oczyszczali teren z niewybuchów. Na szczęście nikomu nic się nie stało.

Dziecko zabrane rodzicom

- Kiedy była dorosła, dziękowała mi za pomoc, ale kiedy to się działo… źle się z tym czułam – wspomina pani Wiesława.
Chodzi o dziewczynkę, która była bita przez rodziców, w zimie chodziła bez rajstop i marzła. Okazało się z czasem, że wyrodny rodzic źle traktuje wszystkie swoje dzieci.
- Woźna kiedyś znalazła tę dziewczynkę śpiącą w kopcu słomy, została wypędzona z domu, musiałam interweniować – mówi pani Wiesława.
Dziewczynka ostatecznie trafiła do domu dziecka.
- Miałam żal do siebie, matce odbierać dziecko? Nie mogłam jednak na to wszystko patrzeć. Po latach się spotkałyśmy, była już dorosła. Dziękowała mi za to, co zrobiłam. Wyszła za mąż, zdobyła wykształcenie, znalazła pracę – wspomina.
Z czasem szkołę w Osinowie Dolnym zamknięto. Jej koszty utrzymania nie były wysokie, ale podobnie jak teraz, zaczęto mówić o ekonomii. Ostatnie trzy lata pracy pani Wiesławy w okolicach Cedyni były związane z łączeniem osinowskiej placówki ze szkołą w Rudnicy. Potem pani Wiesława wyjechała z Osinowa Dolnego, dziś mieszka w drugim końcu Polski, w Osinowie ma natomiast rodzinę, do której chętnie przyjeżdża. Wczoraj, przy okazji zakończenia kolejnego roku szkolnego, z radością wspominała swoją pracę na Pomorzu Zachodnim.
- Mam satysfakcję, wiele się tu zmieniło od czasów, gdy tu mieszkałam i pracowałam, ale byłam osobą, która budowała tu oświatę niemal od podstaw – uśmiecha się Pani Wiesława.