Mieszkaniec Chojny zatrzymał się w centrum miasta, stanął na światłach awaryjnych całkowicie blokując ruch samochodów. O awarii pojazdu jednak nie było mowy, w międzyczasie kierowca poszedł… no właśnie, gdzieś sobie poszedł.


Zachował się wyjątkowo bezczelnie, mówi nam przechodzień. Był świadkiem zdarzenia, które wywołało u niego irytację. Mieszkaniec Chojny przyjechał na ulicę Jagiellońską, nie skorzystał jednak z pobliskiego parkingu, ale włączył światła awaryjne i zostawił samochód na jezdni blokując ruch.

- Sam poszedł sobie do sklepu na zakupy, nie było go dobrych piętnaście minut, w tym czasie inni kierowcy musieli wymijać jego samochód niemal na przejściu dla pieszych, co było bardzo niebezpieczne. Oczywiście żadnego trójkąta ostrzegawczego nie było, bo przecież nie było nawet awarii – komentuje przechodzień.

Nadużywanie świateł awaryjnych w chwili, gdy nie ma usterki w pojeździe, może się zakończyć mandatem, informuje Grzegorz Klimek z gryfińskiej policji.
- Światła awaryjne są po to by sygnalizować zagrożenie na drodze – wyjaśnia.

Czy w każdym przypadku policja widząc nadużywanie świateł awaryjnych będzie karała mandatem? Okazuje się, że nie zawsze, wiele zależy od okoliczności. Kierowcy muszą jednak się liczyć z ewentualnymi konsekwencjami. W sytuacji, jaka miała miejsce na ulicy Jagiellońskiej, właściciel pojazdu kary by nie uniknął. Samochód zaparkował na światłach awaryjnych tuż przy przejściu dla pieszych, gdzie obowiązuje zakaz zatrzymywania się. Inni kierowcy zbliżając się do przejścia dla pieszych musieli omijać zaparkowany pojazd przejeżdżając linię ciągłą, mieli też ograniczoną widoczność przy dojeździe do przejścia dla pieszych.

- Jeśli zatrzymania zabraniają znaki pionowe lub poziome w postaci linii ciągłej, to kierowca musi liczyć się z karą – wyjaśnia Grzegorz Klimek.

Takie wykroczenie to mandat w wysokości 100 złotych, przewidziane są też punkty karne.