Podczas niedawnej (29 czerwca) sesji Rady Miejskiej w Gryfinie burmistrz M. Sawaryn i jego zastępca P. Nikitiński instruowali radnego J. Kawkę, jak powinien przeprowadzić konsultacje z mieszkańcami. Fakt ten nie umknął Czytelnikowi, który zwrócił uwagę, że urzędnicy dawali lekcję, której na dobrą sprawę sami nie odrobili.


Rzecz dotyczyła zmiany nazwy urzędowej dwóch gryfińskich ulic: 9 Maja oraz Adama Rapackiego. Zgodnie z tzw. ustawą dekomunizacyjną samorządy zostały zobligowane do zmiany m.in. nazw ulic, które upamiętniają osoby, organizacje, wydarzenia lub daty symbolizujące komunizm albo inny ustrój totalitarny. Instytut Pamięci Narodowej sporządził wykaz ulic przeznaczonych do zmiany. Wśród nich są takie, których nazwy mogą pozostać w dotychczasowym brzmieniu, jednak pod warunkiem, że samorząd przyjmie nową uchwałę, precyzującą w uzasadnieniu w sposób niebudzący wątpliwości zakres rozumienia przedmiotu upamiętnienia.

„9 Maja” na... „9 Maja”, a „Adama Rapackiego” na... „Adama Rapackiego”
Z takiej możliwości skorzystano w Gryfinie; 29 czerwca br. Rada Miejska podjęła uchwałę, by ulicę „9 Maja” zmienić na... „9 Maja”, przyjmując, że w tej drugiej nazwie chodzi o upamiętnienie święta europejskich państw zwanego Dniem Europy (na pamiątkę ogłoszenia Planu Schumana), a nie jak poprzednio – o upamiętnienie wydarzeń z 1945 roku (Dzień Zwycięstwa nad Niemcami obchodzony w Związku Sowieckim oraz krajach bloku wschodniego w tym w Polsce); oraz uchwałę, żeby ulicę „Adama Rapackiego” zmienić na... „Adama Rapackiego”, i odpowiednio – w tej drugiej nazwie chodzi o uczczenie pamięci polskiego kompozytora, śpiewaka i dyrygenta, a nie jak poprzednio – upamiętnienie wysokiego funkcjonariusza partii komunistycznej i PRL w okresie stalinizmu i po 1956 roku.
- Skorzystanie z takiej możliwości wydaje się logiczne – podkreśla nasz Czytelnik. – Jednak pełna nerwowości oraz półprawd reakcja włodarzy na inne zdanie, nawet nie krytykę, jest nieporadna i co najmniej dziwna. Jak ulał pasuje tu powiedzenie „Uczył Marcin Marcina, a sam...” ech, szkoda gadać.  

Sześć podpisów wystarczy?
Gryfinianin odesłał nas do zarejestrowanej podczas sesji dyskusji. Wynikało z niej, że radny Jacek Kawka zaproponował, by zmiana dotyczyła nie tylko uzasadnienia, ale całkowitej nazwy ulicy. W odpowiedzi burmistrz Mieczysław Sawaryn zaproponował, by radny przeszedł się wśród mieszkańców danej ulicy, zebrał stosowną liczbę podpisów i zgłosił wniosek na następnej sesji. „To naprawdę nie jest duży obowiązek” – mówił burmistrz. Zaś jego zastępca Paweł Nikitiński dodał: „Proszę przekonać wysoką Radę opinią samych mieszkańców” i zalecał konsultacje w terenie łącznie z zebraniem informacji od mieszkańców danej ulicy. „Ludzie wedle mojej wiedzy nie życzą sobie zmian” – informował wiceburmistrz.
- Skąd ma taką wiedzę, sam przeprowadził konsultacje w terenie? Poza tym, skoro to nie jest „duży obowiązek”, to dlaczego nie ma konsultacji społecznych w ważnych dla mieszkańców sprawach? – retorycznie pyta gryfinianin, wskazując m.in. na, podnoszony również przez nas, brak konsultacji w sprawie budowy osiedla socjalnego poza miastem.
Nam wypada dopytać, jaka informacja kryje się pod pojęciem „stosowana liczba podpisów”? To znaczy ile? Kiedy zapytaliśmy niedawno o liczbę spotkań zorganizowanych w ramach konsultacji społecznych nt. przyszłorocznego budżetu obywatelskiego oraz liczbę osób biorących w nich udział, wiceburmistrz odpowiedział, że odbyło się jedno otwarte spotkanie, w którym „oprócz organizatorów wzięło udział sześciu mieszkańców gminy.” Podczas sesji zaś urzędnik apelował do radnego Kawki, by przedłożył Radzie Miejskiej listę poparcia dla zmiany, którą zaproponował. „Jeśli tak się stanie, myślę, że wysoka Rada rozważy taki wniosek” – dzielił się swoimi przemyśleniami wiceburmistrz Nikitiński. Idąc tropem wcześniejszej odpowiedzi zastępcy burmistrza, można by zapytać: „Sześć podpisów wystarczy?”

Brak czytania ze zrozumieniem? Błędy w uzasadnieniu uchwał
- Moje zdziwienie wzbudził również fakt, że urzędnicy nie znają ustaw, na które się powołują, albo czytają je bez zrozumienia – dodaje nasz Czytelnik. – Wiceburmistrz bowiem zalecił radnemu, żeby w trakcie ewentualnego zbierania podpisów poinformował mieszkańców o wszystkich kosztach, które będą musieli oni ponieść w związku ze zmianą nazwy ulicy. Wiadomo, że pewne koszty są z tym związane, np. w przypadku firm, ale ustawa chroni mieszkańców przed różnymi opłatami. Dla przykładu, dokumenty ze starą nazwą ulicy będą obowiązywać dopóki nie upłynie termin ich ważności. 

Sprawdzamy. Poniżej cytujemy dwa podpunkty artykułu 5. wspomnianej ustawy:

1. Pisma oraz postępowania sądowe i administracyjne w sprawach dotyczących ujawnienia w księgach wieczystych oraz uwzględnienia w rejestrach, ewidencjach i dokumentach urzędowych zmiany nazwy dokonanej na podstawie ustawy są wolne od opłat.
2. Zmiana nazwy dokonana na podstawie ustawy nie ma wpływu na ważność dokumentów zawierających nazwę dotychczasową.

Na koniec gryfinianin dodaje, że obie uchwały zmieniające nazwy urzędowe ulic w Gryfinie, zawierają błędy, które być może będą powodem zakwestionowania ich przez organ nadzorczy. Mianowicie, w uzasadnieniach obu uchwał jest odniesienie do „Ustawy z dnia 1 czerwca 2016 r. o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej”, tymczasem jest to Ustawa z dnia 1 kwietnia 2016 r. (dwa miesiące później została ogłoszona).

Warto podkreślić, że nasz Czytelnik nie jest przeciwny takiemu rozwiązaniu, jakie zostało zaproponowane w Gryfinie w stosunku do ulic „9 Maja” i „Adama Rapackiego”. Oburza go i złości sposób, w jaki władza „dyscyplinuje” tych, którzy ośmielają się mieć inne zdanie.

Maria Piznal