Tydzień temu (we wtorek po południu) rząd kraju związkowego Meklemburgia-Pomorze Przednie w związku z rosnącą liczbą zakażeń w Polsce ogłosił decyzję o punktach kontrolnych.

Centra szybkich testów na Koronawirusa zostały uruchomione w tym tygodniu na polsko-niemieckich przejściach granicznych w Ahlbeck na wyspie Uznam oraz w Linken na zachód od Szczecina. Test kosztuje 10 euro dla osób dojeżdżających do pracy i 20 euro dla wszystkich innych osób. Ponadto osoby dojeżdżające do pracy mogą raz w tygodniu poddać się bezpłatnemu badaniu.


Meklemburgia-Pomorze Przednie: punkty kontrolne na granicy to punkty usługowe

"Do podjęcia tej decyzji skłonił nas fakt, że duże miasto Szczecin leży tuż za naszymi granicami, a tysiące Polaków dojeżdżających do pracy w Hamburgu lub innych północnych krajach związkowych przejeżdża tranzytem przez Meklemburgię-Pomorze Przednie"
- powiedział zastępca rzecznika rządu Andreas Texter. Dodał, że wielu Polaków mieszkających na Pomorzu Zachodnim codziennie dojeżdża do pracy w Szczecinie. Texter podkreślił, że punkty kontrolne na granicy nie są punktami uszczelniającymi granicę, lecz punktami usługowymi.


Polska jest na najlepszej drodze do stania się obszarem wysokiego ryzyka. Jednak podczas gdy Meklemburgia-Pomorze Przednie podejmuje działania, Brandenburgia zachowuje się niezdecydowanie. Polska nie została jeszcze uznana za obszar o wysokiej zachorowalności. Jednak od czasu, gdy w lutym ponownie otwarto, przynajmniej częściowo, wszystkie sklepy, a także hotele, kina i teatry, liczba zakażeń i zgonów niepokojąco wzrosła.

Meklemburgia-Pomorze Przednie przygotowuje się również na wypadek, gdyby Polska została uznana przez Instytut Roberta Kocha i rząd federalny Niemiec za obszar wysokiego ryzyka (podobnie jak miało to już miejsce w Czechach, austriackim Tyrolu i francuskim regionie Mozeli). 

Osoby dojeżdżające do granicy będą musiały co 48 godzin poddawać się negatywnemu testowi, zapowiedział sekretarz stanu w Schwerinie Patrick Dahlemann (SPD), który odpowiada za współpracę z Polską.


Z kolei w Brandenburgii można usłyszeć całkiem coś innego. "To, że w niektórych regionach Polski wartości zachorowalności przekraczają 200, nie oznacza, że kraj jest obszarem o wysokiej zachorowalności" - mówi rzecznik MSW Brandenburgii Martin Burmeister. Dodał, że rozważania na temat utworzenia centrów testowych na granicy z Polską, które minister spraw wewnętrznych Michael Stübgen (CDU) zapowiedział półtora tygodnia temu, pokazały, że będą one kosztowne i nieskuteczne. "Jeśli Polska zostanie uznana przez rząd federalny za obszar wysokiego ryzyka, warto rozważyć, czy obowiązek wykonywania dwóch testów tygodniowo przez osoby dojeżdżające do granicy nie mógłby być realizowany za pośrednictwem ich pracodawców" - powiedział Burmeister.


Na razie tylko sporadyczne kontrole 

Obecnie wyjazdy do Polski nie są dla Brandenburczyków zabronione. Osoby powracające do kraju muszą jednak przejść kwarantannę, z której mogą się "zwolnić" najwcześniej po pięciu dniach uzyskując negatywny wynik testu. Osoby dojeżdżające do pracy oraz inne osoby, jak np. polscy uczniowie i studenci brandenburskich szkół i uniwersytetów, powinny posiadać aktualne badania. W rzeczywistości nie jest to jednak sprawdzane, podobnie jak wyrywkowe kontrole policji na przejściach granicznych.

Niezdecydowanie w Brandenburgii, a konkretne działania w Meklemburgii-Pomorze Przednie można tłumaczyć nachodzącymi w tym roku wyborami w tym ostatnim z landów. Okres pandemii sprzyja „wykazywaniu się” przez polityków chcących zyskać na popularności. 









.