Po tragedii na jeziorze w Żeliszewie na jaw wchodzą nowe fakty. Czy tego dramatu można było uniknąć? Z perspektywy czasu widać splot drobnych okoliczności, które mogły zaważyć o życiu lub śmierci nastolatki.


Był poniedziałkowy wieczór, 29 maja dwie nastolatki wypłynęły łódką na jezioro w Żeliszewie. Akwen jest niewielki, ale głęboki. W tym czasie nad wodą przebywało kilka osób, nikt nie spodziewał się jednak najgorszego. Od tamtego dramatu miął tydzień, teraz na jaw wychodzą nowe fakty.
- Nastolatka, która przeżyła wypadek została przebadana pod względem spożycia alkoholu, miała 0,65 promila – informuje Jakub Pialik z choszczeńskiej komendy policji.
Prawdopodobnie druga z uczestniczek tragicznego zdarzenia przed samym zdarzeniem także spożywała alkohol.
Wypływając łodzią obie dziewczyny nie miały kapoków ani żadnego innego zabezpieczenia.
Nastolatki wypłynęły na jezioro, szybko oddalały się od miejsca zwodowania łodzi. Robiły zdjęcia, na bieżąco publikowały je w mediach społecznościowych. Kiedy odpłynęły od brzegu, zaczęły się wygłupiać, stawały na dziobie łodzi, kołysały nią. Siedzący na jednym z pomostów wędkarz obserwował całe zdarzenie, już wówczas przyszła mu do głowy myśl, że nastolatki zachowują się nieodpowiedzialnie i że za chwilę może dość do tragedii. W pewnej chwili dziewczyny stanęły na przodzie łódki, przeciążona jednostka przechyliła się do tego stopnia, że zaczęła nabierać wody. Chwilę później łódka poszła na dno, z nią obie nastolatki.
Numer 112 nie zadziałał?

W chwili, kiedy łódka się przewróciła, obserwujący zdarzenie wędkarz chwycił za telefon i wykręcił numer 112. Miał jednak ogromne problemy z tym, by połączyć się z numerem alarmowym. Upływały cenne sekundy, w których ważyły się losy nastolatek. Numer 112 wciąż nie odpowiadał.
Wreszcie na miejsce udało się wezwać służby ratunkowe, ale nie wędkarzowi, tylko innej osobie widzącej całe zajście z innego miejsca na brzegu. Do Żeliszewa ruszyli strażacy z PSP w Choszcznie, w międzyczasie pomoc nieśli miejscowi ochotnicy.
- Mój piętnastoletni sąsiad wskoczył do wody i zaczął płynąć w kierunku przewróconej łódki – mówi sołtys Żeliszewa, Jarosław Sankowski. – Jedna z dziewczyn natychmiast zniknęła pod wodą, poszła na dno. Widać było, że nie potrafi pływać. Druga unosiła się na wodzie – dodaje.
Sołtys sam działa w Ochotniczej Straży Pożarnej, relacjonuje, że piętnastolatek nie zdołał dopłynąć do drugiej z nastolatek. Zbliżył się jedynie do niej.
- Nie chciała płynąć do brzegu, choć miała niedaleko. Ale widać było, że już sama obecność osoby, która ruszyła na pomoc dodała jej siły – relacjonuje.
Strażacy z PSP ruszyli na pomoc. Z wykorzystaniem sprzętu wyciągnęli jedną z nastolatek oraz chłopaka, który rzucił się do wody i popłynął na ratunek. Druga z nastolatek niestety zaginęła pod wodą.
Rodzic wciąż pojawia się na brzegu
 
Ciało zaginionej odnaleziono dopiero następnego dnia. W poszukiwaniach pomagali płetwonurkowie oraz strażacy ze specjalistycznym sonarem. Jak mówią mieszkańcy wsi, wypadek odcisnął piętno na Żeliszewie. Tu wciąż dramat jest żywy, wszyscy zastanawiają się, czy tej tragedii można było uniknąć.
- Tu był splot wielu niefortunnych elementów: brak umiejętności pływania, kapoków, chwilowa trudność z dodzwonieniem się na 112, alkohol, nierozwaga… - wylicza sołtys wsi. – Mieszkam tu od 30 lat i nigdy wcześniej do takiej tragedii tu nie doszło – dodaje.
Jak mówią inni mieszkańcy, nad brzegiem jeziora pojawia się ojciec zmarłej nastolatki. Rozpacza po śmierci córki. Każdego dnia słychać jego krzyki i wołania.

Czytaj także:
Tragiczny finał poszukiwań. Nurkowie wyłowili ciało 17-latki.
Zatonęła łódź! Trwa akcja poszukiwawcza 17-latki.