Roman Szymański to ceniony muzyk w niewielkim Choszcznie. Nam opowiada o tym, czy łatwo być artystą w takiej miejscowości oraz o tym, czego w swoim twórczym życiu żałuje najbardziej.


Trudno być muzykiem w małym mieście?
- To zależy.

Od czego?
- Myślę, że teraz, kiedy internet praktycznie zlikwidował geograficzne dystanse, a przez techniczny postęp można sobie niemal profesjonalne studio urządzić nawet w pomieszczeniu dwa na dwa metry kwadratowe, nie ma to już takiego znaczenia, jak dawniej. Gorzej trochę, co prawda wtedy, gdy się zbierze jakiś kolektyw, który szuka miejsca do grania w sensie prób. Ale mnie, "dłubacza studyjnego" i muzyka udzielającego się kolektywnie najczęściej w duetach, takie problemy póki co, szczęśliwie omijają. A bycie mykiem w małym mieście czasem nawet jest lepsze, ponieważ w małym mieście szybciej można stać się znanym.

Ale w małym mieście odbiorców kultury też jest mniej. Internet internetem, ale nic nie zastąpi występu na żywo przed publicznością.
- To prawda, ale i to mnie niejako omija. Jeden nasz kolektyw, MartEon, to projekt głównie studyjny, bo muzyka to rozbudowana, bogata aranżacyjnie, a instrumentację całą realizuję sam „tymy ręcamy”, zatem koncerty gramy rzadko i... nie za chętnie nawet… bo siłą rzeczy musimy się posiłkować półplaybackiem. Może kiedyś, jak się z tego zmontuje ekipa muzyków, zaprzątnę sobie głowę tym, jak wypełnić stadiony. Co do drugiego projektu, Na Bok Off, jest on z założenia akustyczny, kameralny, przeznaczony dla wąskiego grona odbiorców i najfajniej nam się gra dla kilkudziesięciu osób. Chyba jestem bardzo małomiasteczkowym artystą...

Nie chciałbyś wyjść poza te ramy? Dzisiaj nawet świat artystów jest tak ułożony: im bardziej znany, tym więcej zarabia.
- Oczywiście, że bym chciał i czasami gdzieś tam uda się wyjść, nie gramy przecież tylko w Choszcznie. Z tym „znaniem” i „zarabianiem” to chyba też nie tak do końca. Pieniądz „celebrycki” to już raczej kasa za wywiady, fotograficzne ustawki, reklamy itp., niekoniecznie za samo granie. A mnie jednak to ostatnie interesuje najbardziej. Oczywiście, nie obraziłbym się, jakbym z tego sobie godnie żył, ale nie oszukujmy się. Rozmawiałem kiedyś z muzykiem zespołu z czołówki polskiego prog-rocka, całkiem też nieźle znanego i cenionego w Europie i Stanach. Cóż, na co dzień pracuje jako drukarz. Dobrze, że przynajmniej to lubi...

Grasz od dawna, brałeś udział w różnych projektach. Jest coś, czego w swoim muzycznym życiu żałujesz?
- Najbardziej chyba zmarnowanego czasu. Z różnych przyczyn się marnował, kiedyś w dużej mierze z powodu alkoholu, na szczęście od 8 lat problem szczęśliwie i bezpowrotnie, mam nadzieję, pozostaje tylko bolesnym wspomnieniem. Czas marnował się też dlatego, że zbyt długo miałem jakieś opory czy obawy, żeby robić przede wszystkim swoje, w stu procentach ze sobą w zgodzie. Nie znaczy to oczywiście, że żałuję, że się udzielałem w taki czy w inny sposób w różnych zespołach, projektach, inicjatywach, zresztą i teraz tak robię i też jest tego sporo. Ale tak na dobrą sprawę dopiero MartEon, stworzony z Martyną Żytą jakieś 4 lata temu jest tym, o co mi chodziło. No i zupełnie niedawno powstały Na Bok Off z Zuzanną Podlas. A chodziło mi o to o wiele wcześniej. Więc czemu nie wcześniej? Dobre pytanie...

Alkohol i muzyka - dla wielu to jedno. Wielu artystów znanych jest z tego, że spożywa... w dużych ilościach…
- Alkoholizm jest co prawda chorobą bardzo „demokratyczną”, ale co tu dużo mówić, są na pewno jakieś grupy ryzyka z jednej strony, z drugiej - pewne stereotypy, ba, nawet jakiś „styl”, czy coś co wypada, albo coś „z czym się kojarzy”. W tej robocie… cóż… w dużej mierze pracuje się na emocjach. To wypala, czasem nawet za bardzo. A w naszym kręgu kulturowym wiadomo, jak się owe emocje odreagowuje czy nawet reguluje... „Polska sobotnia alternatywa” jak to kiedyś niezwykle trafnie określił ś.p. Wojciech Młynarski w klasyku „W Polskę idziemy...”. Oczywiście, usprawiedliwiać w ten sposób nikogo nie chcę, każdy jest odpowiedzialny za własne decyzje i ponosi ich konsekwencje. Czasem bardzo bolesne. A czasem i... ostateczne. Z tymi emocjami w tej branży to też tak nie do końca, podobnie jak z talentem. Zdrowy układ jest wtedy, jak jest go 10%, a pozostałe 90% to ciężka, metodyczna praca. I nie chcę straszyć, bo taka praca potrafi czasem przynieść tyle satysfakcji, że aż chce się fruwać, choćby tylko pod sufit, ale zawsze.

Jesteś nie tylko muzykiem, ale i poetą.
- Raczej, jak to określam - popełniam „wierszydła-straszydła”. Chyba trochę przez przypadek, tak jak przez przypadek zacząłem pisać teksty do własnych pieśni. Po prostu najczęściej najpierw komponowałem muzykę, a co za tym idzie, i linię wokalną. I ciężko mi było potem dopasować do tego jakiś „obcy” tekst, żeby mi się zgadzała i fraza, i rytmika i tego typu rzeczy. Więc zacząłem pisać sam. I nawet wychodziło. A potem, chyba trochę zmęczony tym, że tak muszę pilnować „formy”, żeby teksty z muzyką się zgadzały, może trochę jako odreagowanie, zacząłem tworzyć wiersze białe, bez rymu, bez rytmu, co oczywiście nie oznacza, że całkowicie pozbawione jakiejś tam dyscypliny formalnej. Ale w sumie nie wiem, jakby się to wszystko potoczyło, gdyby nie to, że jakieś 5 lat temu, kiedy pewnej nocy nie bardzo mogłem się dogadać z nadchodzącym opornie snem, tak niemal „znikąd” pojawiły mi się w głowie trzy wiersze pod rząd. W przeciągu góra kwadransa. Wygrzebałem się więc z pieleszy i zapisałem je na czymś, co tam miałem pod ręką. I tak to się dziwnie jakoś zaczęło. Do tej pory popełniłem około 300 tego typu wierszydeł i w większości był to podobny mechanizm powstawania. Taki „błysk”. Potem ukułem z tego termin „odruch słowny”. Antologia z dziesięcioma moimi wierszami ukaże się w lipcu nakładem wydawnictwa Astrum, a debiutancki tomik powinien być wydany już w sierpniu przez Fundację Wspierania Kultury „Noc Poetów”.

Z jednej strony artysta, z drugiej szary obywatel. Skoro nie żyjesz ze sztuki, to z czego?
- Pracuję w lokalnych mediach, czyli jestem „panem z telewizji”. Ale nie tylko, właśnie finalizuję sprawę ruszenia z własną firmą, studiem nagraniowym. Przez parę lat grzebania się w tym rzemiośle nieskromnie powiem, że nabyłem w „czystej, żywej praktyki” całkiem niezłych umiejętności w zakresie realizacji dźwięku, które zresztą słyszalne są nie tylko w moich własnych nagraniach, bo i sporo innych artystów nabrało zaufania do mojego domowego studyjka. Za co im jestem bardzo wdzięczny oczywiście. Czas więc na profesjonalizację. No i co tu dużo mówić - czas też zadbać o swoje sprawy związane z prawem autorskim, bo do tej pory to byłem chyba swoim „antymanagerem”. Nie mówię, że akurat to ostatnie w obecnym systemie prawnym z pewnością przyniesie mi kokosy, ale też nie mam zamiaru udawać, że zajmuję się rozdawnictwem swojej własnej twórczości na prawo i lewo.

Była sytuacja, gdzie Ciebie ktoś okradł z twórczości?
- Nie, bo dopiero teraz na poważnie to wszystko zaczynam rejestrować w odpowiednich instytucjach. Ale zdarzały się sytuacje, kiedy kompromis był jednak zbyt daleko idący i dla mnie raczej niekorzystny. Przynajmniej, jeśli rzecz ująć perspektywicznie.

Wyjaśnij proszę…
- Całkowite zrzeczenie się majątkowych praw autorskich na rzecz jednorazowej zapłaty. No cóż, moja decyzja... Ale teraz już nie chcę takich podejmować. Nie twierdzę, że tworzę epokowe arcydzieła, zresztą nie mnie to oceniać, ale jednak dobrze by było swoją własną twórczość traktować z szacunkiem, zatem z takowym ją potraktuję. Bo w końcu kto poza mną wie, ile pracy muszę w to włożyć?