Jest trenerem karate, na co dzień pracuje jako policjant. Mówi, że sprawność fizyczna pomaga mu w codziennej służbie. Tomasz Gibowski, jako instruktor sportu walki, ma na swoim koncie sporo sukcesów. A o czym marzy?


Jak to się stało, że w Twoim życiu pojawiło się karate?
- Jako młody chłopak zapisałem się do sekcji karate w Chojnie, niegdyś prowadzonej przez sensei Mariusza Gęsickiego Miałem wówczas około 15 lat. Pod jego okiem ćwiczyłem przez 5 lat i skończyło się... sensei Mariusz wyjechał, a ja poszedłem studiować. Dopiero w 2011 roku wróciłem do sportu i karate, choć od razu chcę podkreślić, że nie jest to tylko sport, a przede wszystkim sztuka walki.

Kiedyś Ty się uczyłeś, teraz uczysz innych. Jak Ci się pracuje z młodzieżą?
- To prawda. Skończyłem kurs instruktora sportu karate i teraz sam uczę, ucząc się przy tym pracy z dziećmi, młodzieżą i dorosłymi... ćwiczę cierpliwość... Obecnie młodzież i dzieci w zasadzie mają wszystko, możliwości do tego, aby się rozwijać w każdym kierunku. Także w sztuce karate kyokushin, której uczę. Nie zawsze jest łatwo, ale uśmiech dziecka, przywitanie w przedszkolu czy na ulicy, jest dla mnie inspirujące i jest nagrodą za ciężką pracę z nimi.

Odnosisz ze swoimi podopiecznymi sukcesy na imprezach sportowych. Twoi uczniowie zdobywają medale. Co czujesz, kiedy stają na podium?
- Jestem pełen dumy. W trakcie zawodów, kiedy rywalizują, bardzo się stresuję, bardziej, niżbym sam miał walczyć. Ale kiedy odnoszą mniejsze czy większe sukcesy, jestem z nich dumny. Uważam, że samo już wyjście na tatami, gdzie towarzyszy im stres, radzenie sobie z nim jest przez moich małych samurajów jest bardzo motywujące i daje wiele satysfakcji.

Uczysz nie tylko rywalizacji, ale przede wszystkim walki. Nie boisz się, że pewnego dnia któryś z Twoich podopiecznych wiedząc, że ma przewagę nad rówieśnikiem, po prostu go pobije wykorzystując swoje umiejętności?
- Uczę ich pokory, szacunku dla innych ludzi zgodnie z naszym kodeksem „etykietą dojo” oraz koleżeństwa. Od dziecka każdemu małemu karatece wpaja się niestosowanie sztuki karate poza dojo.

Ale to tylko dziecko, mimo wszystko, może zostać sprowokowane… może źle odczytać czyjeś intencje…
- Dlatego tak bardzo ważna jest praca instruktora, rodzica, czy nauczyciela nad dzieckiem. Te trzy elementy pracy nad dzieckiem nie mogą być zaniedbane, dlatego bardzo lubię, kiedy rodzice interesują się tym, co dziecko robi na treningu. Uczę w sekcji chojeńskiej od czterech lat i do tej pory żaden z moich uczniów nie nadużył swoich umiejętności. Oby tak dalej...

Ciebie też wszyscy już znają, wiedzą, że potrafisz walczyć. Miałeś sytuacje, w jakich ktoś chciał się z Tobą „sprawdzić”?
- Na szczęście nie miałem takiej sytuacji, ale wynika to na pewno z tego, że jestem policjantem. Nie jestem osobą konfliktową i na pewno próbowałbym uniknąć takiej sytuacji.

W swojej pracy miałeś sytuację, gdy znajomość sztuki walki się przydała?
- Sprawność fizyczna jest zawsze pomocna w moim zawodzie.

Masz jakieś marzenie sportowe?
- Mieć własną sekcję, której zalążki powoli powstają w Chojnie. Chciałbym też mieć dobrze wyposażone dojo, jest też ciche marzenie wyjazdu na Mistrzostwa Świata w karate kyokushin... dosyć sporo tych marzeń.

Gdzie odbędą się Mistrzostwa Świata?
- W Tokyo. Może nie w najbliższej przyszłości, ale jak zdrowie pozwoli, to za parę lat może pojadę.

Chciałbyś sam wystartować, czy raczej pojechać ze swoimi zawodnikami?
- Oczywiście, że jedno i drugie... Mam wielu utalentowanych uczniów, bardzo zdolnych i ambitnych... kto wie... byłoby to uwieńczenie moich marzeń i pracy jako instruktora.

Trudno prowadzić sekcję w małym mieście?
- Małe miasta mają to do siebie, że dzieci i młodzież nie mają aż tak dużych możliwości, jak mieszkańcy dużych miast. Karate jest dla nich dobrą alternatywą…

Ale finansowanie takich klubów, to trudniejsza sprawa.
- Trudno mi się wypowiadać na tematy finansowe, tym zajmuje się Sensei Piotr Kos.

Ale sam mówisz o marzeniu wyjazdu do Tokyo i zapewne wiesz, że ta wyprawa tania nie będzie.
- Oczywiście, jak to z większością sportów amatorskich, finansowanie takich wyjazdów nie jest łatwe. Dlatego wyprawa do Tokyo jest na razie w sferze marzeń, myślę, że trzeba byłoby pokryć go z pieniążków prywatnych.